RSS
czwartek, 19 listopada 2009
Bajkowa historia przed-świąteczna.
Czyli o skutkach, jakże zgubnych, edukacji młodego pokolenia bajkami z naszego dzieciństwa. 

- Synu, co chciałbyś dostać na Gwiazdkę? pyta Matka Intelektualistę lat 6, chowanego na klasycznych bajkach.
- Zaczarowany ołówek odpowiada on.
- A nie złota rybkę? śmieje się Matka
- Nie. Jak będę miał zaczarowany ołówek, to sobie złotą rybkę sam narysuję. najpoważniej w świecie odpowiada Syn.

Jakby co, to ja też poproszę. Ołówek, względnie rybkę.


13:57, margot1976
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 16 listopada 2009
Telegrafem.

Nie będę pisać, że jest źle, bo zabrzmi to banalnie. I nieprawdziwie. Nie, skąd, nie jest źle.

Takie tylko przejściowe trudności.

- Ostatnie wydanie projektu jest opóźnione o 2 tygodnie na dziś i nie wiadomo, kiedy będzie. Gdyż przejściowe trudności ma dostawca. Bonusem jest fakt, że do zaharmonogramowanych testów akceptacyjnych zostały również 2 tygodnie, a brakuje mniej więcej połowy funkcjonalności. Że o dokumentacji nie wspomnę.

- Gwiazda właśnie kończy zapalenie oskrzeli. Bez antybiotyku się nie obeszło, co należało wdrożyć już dawno. 6 kilo jej ubyło.

- Trochę skończyły mi się pieniądze, co nie jest bardzo dziwne, jak weźmie się pod uwagę fakt, że jak dotąd dostałam jakieś 40% wynagrodzenia. Za wrzesień. I nie wiadomo, kiedy będzie coś więcej. O październikowej w ogóle nie wspominam.

- W związku z powyższym zaczęły mi się konflikty rodzinne, niesnaski, nieporozumienia, obiektywne trudności, spora nerwówka i niechęć do wracania przed 22.

- Oraz w nawiązaniu do pieniędzy, których nie mam, nie mogę także zrobić zakupów, które są mi niezbędnie potrzebne. Już dawno nie było tak, że mam do wyboru kupienie jedzenia względnie kupienie balsamu. Albo biletu miesięcznego. Jak się z tym czuję, spróbujcie zgadnąć.

- Mam niby jakiś plan, ale wymaga on czasu oraz jednak responsu rynku.

- A mnie się rzetelnie nie chce. Nic. Wstać. Zasnąć. Nawet chcieć mi się specjalnie nie chce. Nie chcę też się położyć i płakać, bo to jest jakby nie w moim stylu i niczego nie zmieni, ale jestem coraz bliższa opcji z piosenki Maryli Rodowicz. Tej o pociągu.

- O pogodzie nie wspomnę, bo jaka jest, każdy widzi. A jak pomyślę, że podobno za miesiąc coś w rodzaju Bożego Narodzenia, to robi mi się słabo. 

16:40, margot1976
Link Komentarze (4) »
niedziela, 08 listopada 2009
Kulawa komunikacja, czyli, czy ja mówię po polsku.

W moim projekcie tak się składa, że najgorzej wypada komunikacja. Albo nie wiem, każdy rozumie połowę.

 Przykłady?

Bardzo proszę. Parę dni temu otrzymaliśmy kolejną wersję aplikacji do testów. Najważniejszą funkcją aplikacji jest oto wystawianie polis. Niestety, wersja przekazana tej funkcji akurat nie zawierała. Kiedy ze spokojem odrzuciłam wydanie i zadzwoniłam do dostawcy, żeby go zapytać, co się stało, on beztrosko powiedział mi, że on wie, że to tak działa. Bo przecież chciałam walidację. A skoro chciałam, żeby walidowane były wszystkie niezbędne pola i żeby dokumentu się bez nich nie udało wystawić, to dokładnie tak zrobili. Nie wypełniłam pól, nie ma dokumentu. Pozwalamy be końca klikać w „zapisz i wystaw” lub też, co dziesiąte kliknięcie, wywalamy na stronę główną.  Proste?  Niestety, PM dostawcy nie wysłuchał drugiej części moje wypowiedzi, że życzę sobie komunikatów o tym, że pola są niewypełnione i że dokument się nie da wystawić. Tak wiem, czepiam się szczegółów. Na szczęście mam to na piśmie.

Kolejny przykład? Ależ.

Kiedy zaproponowałam grupie osób jeden z dwóch wybranych dni, to jest piątek lub poniedziałek na jakieś spotkanie, dostałam 2 odpowiedzi, że wybierają wtorek.

Następny?

Na spotkaniu projektowym zapytujemy osobę, która negocjowała umowę „Jaki jest status umowy?”, osoba odpowiedzialna na to: „Właśnie, jaki jest status umowy?” Niestety, odpowiedź z offu nie padła.

Na naiwne pytanie do dostawcy „czy przetestowaliście działanie aplikacji?”, otrzymałam odpowiedź „Tak, przetestowaliśmy”. Na pytanie: „czy przetestowaliście pełną ścieżkę od wprowadzenia danych do wystawienia dokumentu przez zapis w bazie” otrzymałam odpowiedź: „nie, tego akurat nie testowaliśmy”. Co zatem testowali? Włącz- wyłącz? Możliwe.

Ale moimi ulubionymi wicem jest:

 nie czytaj dokumentacji, za którą odpowiadasz- tniemy koszty

Czasem zastanawiam się, czy nie funkcjonuję przypadkiem w świecie równoległym. I czy takie funkcjonowanie nie rozprostuje mi mózgu celem dostosowania do rzeczywistości.

 

 

11:51, margot1976
Link Komentarze (1) »
piątek, 06 listopada 2009
Czy jest na sali Domestos, proszę państwa?

Gęś została zjedzona w tempie imponującym. Na tyle imponującym, że na niedzielny obiad gościnny musiałam przygotowywać jakiś produkt zastępczy, bo z 5 kg gęsi pieczonej dnia poprzedniego zostały się skrzydła, jedno udko bez nogi oraz grzbiet zwany też pudłem. Jakoś mnie wzdrygało, żeby wydać gościom plecy z gęsi w charakterze posiłku… Na cmentarzach, jak zawsze, nostalgicznie, gęsto od kwiatów i ludzi. Nie wiedzieć czemu, mnie najbardziej odpowiada atmosfera odpustowa okolic Cmentarza Bródnowskiego. Te stragany, handlarze, pańska skórka, pieczone kasztany, balony, grill, księża przyjmujący wypominki, skrzypek, saksofon i fletnie Pana. Jakaś ta śmierć oswojona, jakaś własna, a wszystko bliższe ludziom i takie bez zadęcia. Albo też ja mam plebejski gust. W końcu, z jednej strony jestem stamtąd, z tamtej strony Wisły.

 

Gwiazda złapała grypę. Od soboty zalega w łóżku. Taka chora nie była jeszcze w swoim niedługim życiu nigdy. Głównie śpi i rozgłośnie wysmarkuje mózg. Kiedy nie śpi, marudzi i próbuje mieć zachcianki. Ale nie ma wiele siły, żeby je realizować. Zjedzenie rosołu to było wyzwanie. A spróbowałaby nie, skoro wykonywałam ten rosół o 6 rano… Wezwany pan doktor okazał się człowiekiem starej daty oraz miłośnikiem leczenia tradycyjnego. Lipa, maliny, maść kamforowa, łóżko, coś tam, coś tam i bańki.

Więc wezwałam znajomą, bo przecież ja tych baniek jej nie postawię. Nie dlatego, ze nigdy tego nie robiłam. Przede wszystkim nie posiadam głównego składnika, co mam przystawić słoiki po konfiturach? W ogóle te bańki mnie zadziwiły i próbowałam sobie przypomnieć, czy i kiedy moje Dziecko miało je stawiane. Podobno tak. Jak miała ze 4 latka i była z Babcią na wsi. Dziadek za to dla odmiany, zapalenie oskrzeli i teraz kasłanie mam w stereo.  

Niewyobrażalnie brak mi słońca. Ta szarość za oknem zabija we mnie wszelkie ślady radości życia i ochotę na cokolwiek. Przespanie tej szarugi pod kołdrą, gdzieś tak do kwietnia, to moje marzenie. Ale nie ma lekko. Zamiast słońca zatem zupa z dyni z kolendrą, goździkami i gałką muszkatułową, żeby przynajmniej słonecznie pachniało. Chce ktoś spróbować?


14:34, margot1976
Link Komentarze (5) »
środa, 28 października 2009
Poranek z mordem w oczach.

Dziś o godzinie 6 z minutami, zamiast budzika, obudzi mnie łomot z kuchni oraz wiązka przekleństw wygłoszona półgłosem z kuchni. Półgłos należał do mojego Ojca, który w takich godzinach właściwie nie ma prawa wstawać. Bo nie ma takiej potrzeby oraz zwyczaju. Zaintrygowana i nieco śpiąca udałam się zatem do kuchni i ujrzałam widok następujący: na blacie kuchennym leżała na desce gęś. Martwa i rozmrożona, nabyta przez mnie dzień wcześniej. Nad gęsią w piżamie z tasakiem i mordem w zaspanych oczach stał mój Ojciec. Gęś nosiła na sobie znamiona używania narzędzi typu nóż, a mój Ojciec szczęśliwie nie. Odebrałam mu tasak i po krótkim komunikacie, co ta z kuriera wycięta nie chce, odesłałam go do pokoju. Otóż owa gęś się chciała się dać pokroić nożem. Nie, żeby walczyła, po śmierci to do drobiu niepodobne, ale jakoś tak… Opornie ulegała. Dawała się zymdolić, ale jakoś mało sprawnie. Wzięłam inny nóż i podzieliłam to zwierzę. Może nie do końca profesjonalnie, dzielić umiem tylko kurczaki, więc tak też podzieliłam gęś. Uff. Uratowałam tym sposobem blat przed porąbaniem a Ojca przed niechybnym uszkodzeniem z powodu owego blatu.

 Wczorajsza rozmowa wypadła kijowo. To znaczy, miło sympatycznie i krótko. Wiadomo, że jak mi na czymś zależy, to udaje się niezwykle rzadko. Tym razem okazało się, że w niektórych firmach wciąż pokutuje pogląd, z dobrze opłacany fachowiec jest gorszy niż kilku źle opłacanych stażystów. Podejścia gratulujemy.

 Za to wrzosy posadziłam piękne. Mamie, oczywiście. I niech mi je kto ukradnie, to zabiję.

 

16:18, margot1976
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 26 października 2009
O wyższości klusek z kartofli nad wiedzą techniczną.

Jestem PM em, któremu głównie nie wolno. Nie wolno przekraczać ustalonej ilości czasu na pracę w projekcie, nie wolno mi zgłaszać uwag technicznych, nie wolno mi weryfikować dokumentacji… Wolno mi uśmiechać się promiennie, dzwonić i popędzać, pilnować dat i generalnie robić dobre wrażenie. Głęboko mnie to frustruje, bo widzę ilość błędów i nieścisłości, wiem, co jest źle i widzę, ile rzeczy możnaby poprawić. No ale, nie wolno. Więc nie poprawię.  PM nie musi być idiotą, ale jak ma wiedzę techniczną, też niedobrze. A potem, na testach akceptacyjnych upalę się chyba i będę chichotać w kątku, albo zagram Królową Śniegu z nienagannym makijażem i nieruchomą twarzą.

 

Wszystko jest dziwne. Zastanawiam się ostatnio coraz częściej, co i w którym miejscu własnego życia zrobiłam na tyle źle, że po tym poszedł efekt domina. A może to nie jest czyn jednorazowy, tylko ciągle popełniam jakieś niezauważalne błędy i tym samym sprawiam, że moje własne życie jest tak bardzo dalekie od akceptowalnego przeze mnie samą? Any ideas?

 

Ostatnio robiłam kopytka i jednocześnie wyjaśniałam szczegóły techniczne dotyczące powstającej aplikacji. Kroiłam te kopytka, wrzucałam, łowiłam i wyjaśniałam. Jak już wyjaśniłam i zrobiło mi się fajnie, że otóż jestem sobie wysokiej klasy specjalistką od różnych aplikacji i mogę komuś wyjaśniać niuanse nie odrywając się od zajęć domowych, to spadła na mnie jeszcze jedna myśl, niezbyt wesoła. Że mianowicie, we własnym domu  nie jestem żadną specjalistką od aplikacji, tylko wykonawczynią kopytek. I wszyscy mają w nosie moją wiedzę, umiejętności, doszkalanie, kwalifikacje, za to kopytka… Tak wiem, robię świetne. Kopytka muszą być, a podyplom może zaczekać.

 

Mam dwóch nowych lokatorów. Dwóch morskich świnków płci męskiej. Tak jestem, homomiłośniczką i co mi zrobicie.

Brakowało mi zwierzaka w domu. A świnka morska jest zwierzęciem pociesznym, radosnym, mało wymagającym- poza taczkami pożywienia, dość kontaktowym i w ogóle fajnym. A dwa morskie świnki to już cała rozrywka- gadają, kłócą się, przytulają, piszczą i wciąż coś żują.

 

Za to jutro jadę sadzić wrzosy na grobie Mamy. A przedtem na jedno spotkanie, które może wiele zmienić, także uprasza się o trzymanie kciuków. 

15:48, margot1976
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 października 2009
Gwiezdne Wojny, Armageddon i inne przypadki.
Ten Armageddon, co to był wczoraj w Stolicy, to przepraszam, co? Za karę? Za moje skargi, że nie cierpię jesieni? Ale, zimy też  nie cierpię, więc jakby lekarstwo gorsze od schorzenia... Nie znoszęmarznąć, w związku z tym z uroczej, seksownej spowitej w te białe bluzki, jedwabie i inne cuda kobiety przeistoczyłam się w pracownika stacji polarnej na Szpicbergenie. Także gdyby ktoś pragnął ze mną randki, to proszę uprzejmie wziąć to pod uwagę. Dodatkowo, moje zeszłoroczne zimowe oficerki obtarły mi piętkę i bardzo jest mi niekomfortowo.
Właśnie wczoraj w stroju polarnym udałam się na kolejne spotkanie projektowe, gdzie działałam głównie, jakp psycholog dyplomowany oraz tłumacz z polskiego na nasze. Za to później błyszczałam wiedzą fachową, za co obraził się na mnie wykonawca projektu. 

Otrzęsiny to było wielkie wydarzenie, doprawdy. Nie mam niestety fotek, ale jak sie pojawią, to opublikuję je bezapelacyjnie. Pani Dyrektor jako Czarny Rycerz, Pan do Historii jako Dart Vader oraz Pani Biolog jako Mistrz Yoda- absolutnie bezkonkurencyjni. Młodzież zatkało i bez szemrania poddawali się sprawdzianom na Rycerzy Yedai, a my- Rodzice układaliśmy zabawne dialogi do jednej ze scen rozmowy Lei z Lordem. Nasza dotyczyła Lei jako poborcy podatkwego;-)
Klasy wybrały imiona. Gwiazdy klasa nazywa sie Tam Gdzie Pieprz Rośnie. Ha. i tak uważam, że to dobra nazwa. Równoległa pierwsza nazywa sie Ponad To;-)


15:37, margot1976
Link Komentarze (3) »
wtorek, 13 października 2009
PM w projekcie nie musi być idiotą, część praktyczna.

Nie cierpię jesieni. Ale to nic nowego, przecież powtarzam to co roku przy każdej okazji. Sprawę ratuje jedynie fakt, że na straganach wciąż mnóstwo i kolorowo, pachnąco.

W pracy,  zmiana i to zarówno jakościowa, jak i ilościowa. Bo otóż dostałam projekt, tadam. Nie do zrobienia, do zarządzania. Chciałam, chciałam, to dostałam. Ale żeby nie było za łatwo, to w projekcie jestem trzecia stroną, to nie mój zespół koduje. Fantastycznie. Na razie czytam tony  papierów, chodzę na milion spotkań i korzystam głównie ze swojego uroku osobistego oraz umiejętności wypełniania Excela. Za chwilę przeobrażę się w zimną, czepialską sukę, ale dam im jeszcze chwilę na oswojenie się ze mną.

Ja oswajam projekt, duszę śmiech wewnętrzny, kiedy staję po raz kolejny przed panem „z zawodu dyrektorem”, który wiele mi mówi, ale żadne z jego słów nie stanowi odpowiedzi na moje pytanie. No i muszę wyglądać. Albo przynajmniej sprawiać wrażenie, że wyglądam. Na razie sprawę załatwiają mi ciemne dżinsy i białe bluzki, ale zaraz ten moment minie i zaczną się schody. Nigdy nie byłam strojnisią, potrafię się ładnie rozebrać, ale żeby ubrać… Hm, swoja drogą, może to jest pomysł? Jak zacznę na spotkania biznesowe wyprowadzać moją kolekcję gorsetów, to może wzrośnie mi skuteczność?

Swoją drogą, zawsze śmiałam się z projektowych PMów, no to teraz sama będę musiała uważać.

 Gwiazda ma jutro otrzęsiny połączone z nadaniem imienia klasie. W związku z tym, Towarzystwo wystawiać będzie Królewnę Śnieżkę w wersji alternatywnej. Królewną będzie Alek, 190 cm, 80 kg, Księciem zaś Laura, 165 cm, 50 kg. Gwiazda zaś jest bodygardem Księcia. Bardzo profesjonalnym, w koszuli Dziadka, trzypaskowych spodniach i czarnych okularach. Będzie się działo.

14:15, margot1976
Link Komentarze (1) »
piątek, 09 października 2009
Skąd ten Nobel?
Czy ktoś może mi wyjaśnić, za co akurat Obama dostał tego Nobla?
Na zachętę? W nagrodę za prezydenturę? Za wycofanie się z tarczy w Europie? Bo dla mnie osobiście jest to najmniej zrozumiała nominacja. 
I mimo mojego całego szacunku do Prezdyenta Obamy, nie uważam, by na nią zasłużył.
Już prędzej na Oscara za całokształt.
13:17, margot1976
Link Komentarze (2) »
wtorek, 06 października 2009
Bieg po zdrowie, czyli medycyna polska.
Nie wiem, czy to zasługa jesieni, pełni czy ogólnych warunków ekonomiczno-społeczno-politycznych, ale marnie się czuję. Żadna to nowość, ale wziąwszy pod uwagę, że we wrześniu zaliczyłam dwie czarowne infekcje, to nie jest dobrze. Obie wrześniowe pracowicie leczyłam antybiotykami, skutkiem czego potem musiałam leczyć skutki. Prawie równie niefajne, jak przyczyny, dla których owe antybiotyki brałam. Augumentin rządzi i nie ma w tym ani krztyny przesady. Paniom stanowczo zalecam zastanowienie się, czy nie ma dla niego alternatywy. Co do panów to nie mam zdania, wiem za to, że na pewne dolegliwości cierpieć nie będą. Nawet po wagonie augumentinu.
Obecnie zaś moje ucho zastanawia się, czy aby nie powinno zacząć mnie boleć bardziej, bo na razie tylko delikatnie sygnalizuje swoją obecność. 
Ale żeby nie popadać w egocentryzm, to dalej będzie o kim innym, choć zostajemy przy szeroko pojętej tematyce zdrowotnej. A raczej chorobowej.
Otóż ze 2 tygodnie temu Ojciec mój udał się do przychodni rejonowej, gdyż poczuł sie jakby gorzej. Pani doktor rejonowa obejrzała, posłuchała i wypisała skierowanie do szpitala. Na oddział kardiologiczny. Gdyż przyznała, że się nie czuje na siłach. Ojciec wziął zatem skierowanie (ja wiem dokładnie, po kim jestem Roman Bratny) i udał się do szpitala. Na oddział kardiologiczny, bo na Izbie akurat kłębił się tłum. Po rozmowie z Ordynatorem okazało się, że nie ma miejsc. Przykro im niezwykle, ale niech no Ojciec przyjdzie za parę dni, bo chwilowo są zarobieni. Ojciec chodzić to niekoniecznie, ale samochodem jeździ, więc powrócił do domu. Za parę dni sytuacja się powórzyła i ewentualnie zaoferowano mu łóżko na oddziale wewnętrznym, na co on prychnął ze wzgardą i powiedział, że poleżeć, to on może w domu, miał raczej na myśli, żeby go ktoś POLECZYŁ. Aha. ordynatora nie było, bo się rozchorował, ale umówił się z Ojcem zdalnie za tydzień. Ten tydzień upłynął dziś i... Łóżka dalej nie ma, ale co tak będzie leżał, może się leczyć z domu. W ramach terapii zaordynowano mu leki moczopędne i wagę.  Normalnie, jak na oddział wysokospecjalistyczny przystało. 
Dobrze, że nie polecono mu być młodym i zdrowym.
14:18, margot1976
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37