Patrzę na Nią i trudno mi uwierzyć, że to część mnie. Przecież jest tak różna ode mnie, swojej matki. Włosy, ruchy leniwej kotki, figura, poczucie humoru, gust muzyczny, kulinarny, zainteresowanie modą, niezwykle silny i elastyczny charakter, jasno zarysowane chcenia i niechcenia oraz ta nieosiągalna dla mnie umiejętność nie przejmowania się tym, co w danej chwili nie wydaje się być istotne. Wzruszenie ramion i tekst "to się wytnie". Ale jednak wystarczy zobaczyć ją z książką w ręku, czy komputerem na kolanach, popatrzeć, jak się śmieje, jak trzyma widelec, żeby wiedzieć, że to niezaprzeczalnie moja córka.
Panna Chmurne Oblicze, Panna Pamiętliwa, Panna Sybarytka i Panna Leń Śpiacy do Południa. Ale też Panna Śmieszka, Panna Wielbicielka Kabaretów, Panna Żyć-znaczy-Czytać, Panna Koneserka Dobrej Kuchni.
Moja Córka. Dziś kończy 14 lat. Trudno uwierzyć, co? No, ja w każdym razie nie nadążam.
Dziś mijają 2 lata. Czy boli mniej? Ależ skąd. Czasem wydaje mi się, że po prostu lepiej ten ból znoszę. Wciąż jednak budzą mnie w nocy sny ze wspomnieniami z ostatnich dni Mamy z Nami, wciąż w mózgu tkwi pytanie, czy zrobiłam wszystko. I z tym pytaniem będę się zmagać do końca życia. Bo mimo, że rozum mówi, że tak, to ja wiem, że można było walczyć. Nie wiem jeszcze jak, ale wierzę, że można było. I jedyne, co mi pozostaje na pociechę, to myśl, że może lepiej, że pewnych rzeczy Mama nie widzi i o pewnych nie wie.
Kakofonia napisała na swoim blogu o zapaleniu Jorcajtowej świeczki. Ja zaraz zniknę zapalić nagrobny znicz. Wielką czerwoną kulę. Robię to dlatego, że już nic innego nie pozostaje.
Wersji oczywiście jeszcze nie ma. Czy kogoś to dziwi? Ależ skąd. Nie mogło być inaczej, kiedy to w piątek okazało się, że ładowanie bazy odbywa się w sposób niemożliwy do wykonania. Fizycznie. To tak, jakby próbowali wpakować żyrafę do malucha powiedział Śliczny Informatyk Klienta wzruszając ramionami. Ja nie zdobyłam się na żadne barwne porównanie, bo po prostu opadły mi ręce. Poszłam do Szefa Bałaganu, który poza szefowaniem robi w tym projekcie także wszystko inne, i grzecznie wytłumaczyłam mu, na czym polega problem z ową żyrafą. Jego zdziwione oczy odpowiedziały mi bez pudła na pytanie, czy nie sprawdził wcześniej. Oczywiście, że nie.
Bo skoro w maluchu mieści się kot, pies, chomik, to czemu nie żyrafa?
Zaiste, profesjonalizm, z którym się stykam, jest dla mnie wielce pouczający. Z dziedziny, jak NIE NALEŻY robić projektów informatycznych.
Jutro zarząd. Wracamy do figur tanecznych, czyli 5A i 5B.
Herbatka z prądem, historia z morałem, kreatywna księgowość.
Siedzę i czekam na wersję. Tę, co wiecie. Miała być 2 h temu, ale jakoś nie ma.
Ale przeciez życie nie może być nudne, prawda?
Otóż historyjka z prądem w tle. Dawno temu, jesienią, w zwiazku z przejściowymi brakami pieniężnymi, spóźniłam sie z płatnością za energię elektryczną. Zamiast 10, uiściłam fakturę 30 września. Co tam, najwyżej każą zapłacić odsetki pomyślałam i zapomniałam o całej sprawie. Jakież było moje zdziwienie, kiedy jakoś w listopadzie pan listonosz przyniósł wezwanei do zapłaty. Na wezwaniu jak byk stało, że Elektrownia nie odnotowała płatności za fakturę i na kwotę, którą, jak byk we wrześniu uiściłam. Wzruszyłam ramionami, wszak to nie pierwszy dowód, ze maja bałagan. Odnalazłam potwierdzenie, napisałam maila z wyjaśnieniem, posłałam i znów zajęłąm się czym innym przekonana o tym, że ja zapłaciłam.
Elektrownia jednak miała inne zdanie.
W międzyczasie przyszła kolejna faktura, ok, nikt się w nią nie wczytywał, Ojciec udał się na pocztę i uiścił sumę podaną na pierwszym blankiecie, zapomiał i tyle.
Niestety, zdanie Elektrowni o naszej płatności ujawniło się wczoraj pod postacią kolejnego wezwania do zapłąty, na którym już stała groźba odłączenia, jeśli nie wpłacimy w ciągu 7 dni od daty doręczenia pisma. Ojciec sie leciutko spiął, ale jako człowiek czasowy, postanowił udać sie do Biura Obsługi Klienta i wyjaśnić, o co biega. Na drogę dostał wyciągi z dokonanych przelewów i pojechał. Traktował to raczej, jako humoreskę, niż problem. Na miejscu jednak się okazało, że jest inaczej. Gdyż według systemu zalegamy! Zaległość owa opiewa dokładnie na kwotę wpłaconą przeze mnie 30 września i bierze się stąd, że Elektrownia zamknęła miesiąc przed 30. I moja wpłata wisiała sobie w powietrzu (mimo podanego numeru faktury, do której została dokonana). Nie, że zginęła. O tyle Elektrownia zmniejszyła nam kolejną fakturę. Znaczy, można mieć równocześnie dług i superatę, jak widać. Ojciec, jako człowiek boleśnie logiczny, nie mógł tego pojąć za Chiny. Dostał kwit na dopłatę, że niby tej zaległości, wyszedł z Biura, wszedł na pocztę, uiścił. Jakież było jego zdziwienie, kiedy to dotarł do domu, a tam prąd był nieobecny. Panowie monterzy przyjechali i odcięli.
Tu zagotowałam się ja. Moją rozmowę z panią z Punktu Obsługi słychać było chyba w całej Warszawie. Trwała 40 minut z zegarkiem, a główym słowem, które powtarzałam było "żądam" i "bezprawne". O 16.00 mają być monterzy.
Co nie zmienia faktu, że mam wielką ochotę zrobić z tego megaeskalację. A w eskalacjach jestem dobra. I ktoś mi musi zwrócić za kłódkę.
W związku ze skrajnie niskimi temperaturami, zamarzło mi poczucie humoru, wena i ochota na cokolwiek. Poza może ochotą na gorącą herbatę, grzane wino, koc, książkę, saunę, tego typu zimowe rozrywki. Niestety, tak dobrze to nie ma. Projekt się toczy. Życie się toczy. I czasem nawet zaskakuje.
W minioną sobote brałam udział w balu organizowanym przez szkołę Gwiazdy. Głównie dla dzieci z zaprzyjaźnionego Domu Dziecka, ale także dla młodszego rodzeństwa uczniów, dzieci nauczycieli pracowników szkoły. Impreza była całkiem miła, Gwiazda przebrana za coś w stylu Czerwonego Kapturka rozdawała usmiechy i sypała confetti, ja zaś nadzorowałam Wiki i Jeremiego, którzy też balowali. Wiki, jak to ona, zajeła się zabawą, zaś Jeremi... Tak, ten też się zajął zabawą, to znaczy grał w balona, przez 3 bite godziny. Wykończył przy tym rzetelnie troje chętnych uczniów i jednego nauczyciela, bo jakiegoś współgracza musiał mieć. Na koniec zatrzasnął się w toalecie i byliśmy blisko wyłamywania drzwi. Na szczęście, dzięki łagodnej perswazji, udało się drzwi otworzyć i na tym zakończyliśmy imprezę.
Za to w projekcie... Hm, w sumie to nie wiem, co napisać. Bo przed nami Wydanie i cała para idzie w wydanie. Do tego stopnia, że obiecane na zeszły poniedziałek przypadki testowe, zostały odłożone na po wydaniu. Nie było też testów wersji alfa Agenta Synchronizacji, które to miało być we czwartek, piątek, poniedziałek. Rozumiecie, wydanie. Mam wrażenie, że jest parę domów na Wybrzeżu, w których zamarło życie, bo wydanie... Trochę się nie dziwię, bo to jest pierwsza od grudnia ocena jakości i zaawansowania projektu w sposób namacalny. A jeśli pójdzie źle, to rozważane jest podziękowanie Dostawcy. Ale wkurza mnie też taka sytuacja, w której na wydanie w tygodniu bieżącym zawala się niedociągnięcia z poprzednich dwóch. Brak raportu, dokumentów, nie wiem, masła w lodówce i autobusu na przystanku. No, ale nie będę wychowywać Dostawcy. To bezcelowe.
Kryzys mnie dopadł. Całkiem spory, jak na mnie. Trochę się szamoczę, trochę miotam, ale głównie wewnętrznie. Powinnam coś zmienić. Ale zmiany wymaga wszystko. Więc najchętniej nie zmieniałabym nic.
Co jakiś czas natykam się w sieci na blogi matek wielodzietnych, wieloetatowych, z gromadką drobiazgu, przedszkolakami i uczniami w różnym stadium. Podczytuję z ciekawości, bo to dla mnie świat ekstremalnie różny od mojego, czasem o takim stopniu złożoności zadań i interakcji, że trudno ogarnąć. Oczywiście, podziwiam, czasem też współczuję, ale nigdy, przenigdy nie zazdroszczę. Popatruję na te Matki jako na rodzaj współczesnych męczennic, które na dodatek same sobie taki los wybierają.
Niektóre z tych opowieści stanowczo utwierdzają mnie w mojej decyzji posiadania jednej sztuki dziecka. A jeszcze bardziej utwierdzają mnie w takiej decyzji doświadczenia, zwane też przypadkami użycia, kiedy to dostaję pod opiekę na niezbyt długi czas, dwójkę fajnych dzieci w wieku przedszkolnym. Każde z nich z osobna, z moją Gwiazdą na czele, jest słodkie, mądre, kochane, zdyscyplinowane, ciekawe i fajne. Ale razem tworzą coś w rodzaju mieszanki z lekka wybuchowej. Po kwadransie dochodzę do wniosku, że powinnam się sklonować, po pół godzinie zaczynam gonić własny ogon, a dwóch godzinach tracę kontakt z rzeczywistością. Bo mimo podzielnosci uwagi i umiejętności realizowania wielu zadań jednocześnie, w domu to ja jednak chcę mieć coś w rodzaju azylu. Z drugiej strony, mam świadomość konieczności zaangażowania się w rozmowę z każdym ze słodkiej trójki, oczywiście na trzy różne tematy, przy jednoczesnym organizowaniu posiłku i napojów, prowadzeniu rozmowy telefonicznej i wyjmowaniu prania z pralki oraz rozstrzyganiu sporów o kolejność przełączania kanałów. Mnie w tym wszystkim nie ma, a tego bardzo nie lubię. Lubię za to pół godziny z herbatą nad gazetą, lubię zostawiać niebezpieczne przedmioty w zasięgu ręki, bo tak mi wygodnie, lubię słuchać muzyki, albo własnych myśli, prowadzić rozmowę na jeden temat i niekoniecznie o potworach i bajkach, lubię mieć czas dla dr Housa z Gwiazdą przyklejoną do pleców, lubię wracać do domu 3 godziny i nie martwić się, czy i co tam zastanę. Chaos spokojnie znoszę w pracy, ale do domu lubię wracać po spokój.
Więc może jest tak, że każda, albo prawie każda z nas jest fizycznie gotowa na macierzyństwo, ale do wielodzietności tylko niektóre mają predyspozycje psychiczne?
Dwie zgrabne trójeczki zmieniły się w trójkę poganianą przez czwórkę. Nie ma to dla mnie wielkiego znaczenia, przywiązuję się wyłącznie do liczb widocznych na moim koncie bankowym, a lat mamy tyle, na ile się czujemy. Więc ja mam nieustannie 25, a tylko czasem 80. Niczego nie zaplanowałam, że osiągnę, że zmienię, że zdobędę w tym roku, więc nie mam się z czego rozliczać, a moje największe życiowe dokonanie akutualnie tarza się w śniegu gdzieś w Kampinosie.
W ramach indywidualnych obchodów tego niewątpliwego święta upiekłam tort szwarcwaldzki oraz nabyłam łososia celem upieczenia. A co, żałować sobie nie będę. Przynajmnie w ten jeden dzień w roku. Czego sobie życzę? Przyznam szczerze, że zastanawiam się nad tym od rana, kiedy to rodzina wystąpiła z tradycyjną wiązanką typu "zdrowia, szczęścia, powodzenia, pociechy i radości". Fajne życzenia, mogą nieść ze sobą jakiś ładunek emocjonalny, albo też być nic nieznaczącymi formułkami.
Ja osobiście sobie życzę, żeby mi Los raz nie przeszkadzał, przestał się wpierniczać i pozwolił, na ten jeden rok zależeć wyłącznie od siebie. Żeby łaskawie odpuścił. To by było coś. I za to się dziś napiję.
D-Koder zza kanału zapytuje codziennie, czy zakładam już naraz wszystkie futra. On się śmieje, a ja marznę naprawdę. Nie, jeszcze wszystkich naraz nie miałam okazji, ale i tak wyjście na dwór na przykład w dzisiejszy poranek to było niezłe wyzwanie. Czapka, szalik, rękawiczki (czwarta para tej zimy, poprzednie trzy udało mi się zgubić), rajstopy, spodnie, buty do kolan, torba, lapek, szminka ochronna i bógwico jeszcze. Futra są cudownie ciepłe i szczelne, osłaniają przed wiatrem i mrozem, ale mają dwie wady. Są pierońsko ciężkie oraz nie posiadają kaptura. Oraz powodują, że czuję się mało zwrotna i zgrabna. Zmianę pogody wyczuwam z daleka, lepiej niż wszelkie barometry. Na przykłąd na dzisiejszy mróz szczękałam zębami już wczoraj i byłam potwornie głodna, a organizm nie dał sie oszukać pomarańczą, tylko zażądał przynajmniej avocado. Dałam mu więc to avocado i paluszki krabowe i nawet kawałek razowca, bo przecież mróz idzie, kalorie zbierać mus.
Dziś od południa chodzi za mną curry, może być z kalafiora, po prostu gdzieś pod czaszką snuje mi sie zapach podsmażanych goździków i imbiru. Jedzenie.
Projektowo, dzień czy dwa względnego luzu po intensywnym poniedziałku i jeszcze intensywniejszym wtorku, a przed przyszłym tygodniem, w którym to się okaże. To znaczy będzie nam okazany stan faktyczny prac nad bazą. Bo w tym tygodniu, niestety człowiek, który się wdrażał 2 tygodnie, zachorował na anginę, biedaczek. Ale i tak było ciekawie. Dodatkowo, dowiedziałam się, że nie wyglądam na bazodanowca. Na kogo wyglądam, tego nie wiem, może na czarownicę, albo panią z mięsnego. Uwielbiam stereotypy. Dowiedziałam się też, na czym polega logika Dostawcy Systemu. Otóż, proszę państwa, polega ona na tym mniej więcej, że myślenie jest niewskazane. Jakby to wyjaśnić, O, wiem. Wyobraźcie sobie taką sytuację, idziecie do bankomatu, sprawdzacie stan konta i robicie wypłatę. Albo, podchodzicie i tylko sprawdzacie stan konta, choć pomyśleliście o wypłacie, ale po sprawdzeniu okazało, się, że nie ma środków. Otóż logika Dostawcy przyjęła, że samo sprawdzenie konta połączone z myśleniem o wypłacie, to już jest wypłata. Bo nigdzie nie było ograniczenia minimum. Oczywiście, sama wypłata, bez sprawdzania, to wypłata, a samo sprawdzenie bez myślenia, to sprawdzenie, tu nie byli bardzo twórczy. Czy ja muszę to komentować? Nie? To dziękuję, kurtyna, oklaski.
Nowy Rok się zaczął, ale ponieważ problemy stare, to jakoś mi to przejście niespecjalnie coś zmieniło. Ale, po kolei.
W projekcie zmiany niewielkie, nie licząc zmęczonej, wkurzonej i zniecheconej pani product owner. Którą to prywatnie bardzo lubię i której nieco współczuję. Nie ma to jednak wpływu na to, że każdy kolejny element przychodzi nam z większym trudem. A schody są. Chociażby pod niewinną nazwą panel uprawnień. Kiedy zaczęliśmy zbierać wymagania i robić analizę możliwości, to powiało lekko grozą. Groza bierze się stąd, że Dostawca zupełnie jakoś zlekceważył ten moduł, Klient zaczął mieć wymagania, na dodatek skrajnie odmienne, w zależności, od tego, której stronie korytarza zadało się pytanie, a czas nas goni. Dodatkowo, jak już zajrzeliśmy do tej puszki z Pandorą, to okazało się, po podliczeniu, bo ja lubię liczby, że obecnie owe uprawnienia są definiowane ręcznie w 17 miejscach. Każde z miejsc jest rozłączne od poprzednich i każde służy czemu innemu.
Ja bym się chyba wściekła, gdyby to leżało gdzieś na trasie moich obowiązków. Dodatkowo, ktoś kiedyś wygłosił światłą myśl, że może by zrobić do tego osobny system, ale z powodu kryzysu pomysł zdechł technicznie, ale użytkownicy mają go w głowach i się łudzą. Mnie zaś przyszło przekonywać szanowne grono, że jeśli przyjmiemy, dla dobra mojego projektu, rozwiązanie najprostsze, to dojdzie im 18 miejsce do definiowania uprawnień.
Bardzo to jest profesjonalne i niosące istotną wartość dodaną do projektu.
Trochę byłam mało przekonująca, bo wypracowne wspólnie rozwiązanie jednak zakłada pewne ficzery, za to nie mieści się najwyraźniej w harmonogramie i muszę uzyskać na to zgodę Zarządu. Co z kolei mnie się nie bardzo podoba. No, ale.
W poniedziałek ma przyjechać ktoś od Dostawcy do pracy, pewnie młodzież szkolna. Jakoś po ostatnim raporcie, uzyskanym metodą wydzwaniania co kwadrans i wysłaniu maila do zwierzchnika osoby raportującej, nie widzę postępów. Znaczy jest zmiana, ale dodanie 14 dni na wdrażanie nowego człowieka w zadania, to nie jest postęp.
A prywatnie? Choroby trochę odpuściły, ale nie do końca, z pieniędzmi dotarłam pod koniec października, nowy Akunin dobry jak zwykle oraz otworzyli mi pod domem Biedronkę. Bardzo dobre jogurty tam mają, z dyniowymi pestkami.
Wszystkim, którym nie złożyłam życzeń świątecznych- przepraszam, ale życzę Wam dobrze cały rok, a nie tylko przez tych parę dni w końcu grudnia. Sobie też w sumie, co nie zmienia faktu, że w samo Boże Narodzenie rozłożyło mnie coś w rodzaju grypy. Wersja 2.0. Dotąd jestem słabo pozbierana, ale kogo to obchodzi.Rodzina się na mnie obraziła, bo znowu jestem chora. Gwiazda ma na ten przykład sylwestrowe plany, które kosztować mnie będą 10 godzin w pociągu. No, ale przecież nikt nie mówił, że macierzyństwo jest proste.
Nowa Chmielewska niezbyt, mam nieodparte wrażenie, że z wiekiem, albo na skutek wypisania, spada jej umiejętność jasnego nakreślania fabuły, drętwieje język, a niepotrzebnie pojawiające sie wątki homofobiczne zniesmaczają.
To tyle wątków świątecznych, reszta omijała mnie litościwie, albo też na skutek bólów głowy, wyparowała.
W projekcie odrobina zastoju, w końcu okres przedświąteczny, a ta bomba w postaci harmonogramu oraz postępu prac, pojawi się zapewne już w nowym roku, mimo hucznych zapowiedzi, że jeszcze w tym.
Mamy też w zanadrzu niedużą minę przeciwpiechotną w postaci jednego modułu absolutnie zlekceważonego w czasie robienia analizy, który na moje niewprawne oko, zrealizowany choćby w 25%, wydłuży całość o dobrych kilka miesięcy. Nazywa się całkiem niewinnie, uprawnienia. Kto by pomyślał... No, dostawca w każdym razie nie.
Jakieś to wszystko wybuchowe, przydałby się jakiś saper w charakterze supportu, oraz kursy żonglerki i dyplomacji.
A szampański Sylwester przed nami. Jeśli jest choć odrobina prawdy w tym, że jaki Sylwester, taki cały rok, to nie jest to dobra wróżba. Gdyż w tym roku, wzorem poprzednich kilku, zamierzam po prostu przetrwać ten wieczór. Może powinnam zatem wbrew sobie, ale właśnie dla siebie, iść na jakiś bal? Choćby sama? Po to, żeby następny rok był może elegantszy, bardziej kolorowy, żeby mnie niósł, jak walc mistrza Jana?
Nie wiem, nie wiem. Tancerka ze mnie żadna, a głowa boli i bez szampana.