|
poniedziałek, 07 maja 2012
Gwiazda, która przebywa w plenerach w okolicy Sejn, zadzwoniła wczoraj z informacją, która jest tym dowodem. Mianowicie, wczoraj grupa udała się na wycieczkę pieszą, szosą do miasta Sejny. Dystans wynosi ok 3 km w jedną stronę. Moje dziecko udało się tam w balerinkach od Tommy'ego, które nosi od zeszłej wiosny. Od połowy drogi szła już boso. Wróciła taksówką. Na stopach ma bąble z wodą. Moja córka, jak złoto, w życiu się nie wyprę. Potrzebna lektyka, czterech silnych i wachlarzowy.
piątek, 04 maja 2012
W ramach oszczędności w służbie zdrowia oraz długiego weekendu, Ojca odebrałam sobie ze szpitala w ubiegły piątek. Z cewnikiem, krwiakiem i zapaleniem płuc. Don' ask. Cewnik już wyjęty, szwy po rurze wyjęte, krwiak nie schodzi za bardzo, zapalenie płuc dalej obecne. Don' ask. Czwarty kolejny antybiotyk wydaje się w końcu działać, ale wciąż uważam, że to nie chirurdzy powinni leczyć płuca. Ale, może się mylę. Nic, poleżeć to można w domu, a w poniedziałek świat wróci na stare tory, pójdziemy do pulmonologa i jestem gotowa na wszystko. Łącznie z urządzeniem jesieni średniowiecza. Wszystko jedno komu. Zaprawdę pierdolę tzw. państwową służbę zdrowia, ze zdrowiem to ma ona wspólną jedyne nazwę. Gwiazda odebrana wczoraj wieczorem z pociągu z Posen, dziś już przebywa w Sejnach. Zdołała się wykąpać, pobrać nowy komplet odzieży, przekimać się i już był czas na dworzec. Poprzebywa w tych Sejnach do wtorkowego wieczoru, by wrócić do stęsknionej Matki, pobrać nową walizkę z nowym kompletem ciuchów i w środowy poranek odlecieć do Barcelony. Żyć, nie umierać. Mnie zostanie pranie, składanie i odbiory/odwozy na środki komunikacji. Lato mnie zaskoczyło i jak co roku mam ten sam problem z butami. W tym roku, to nawet jest to po trosze ten sam problem z tymi samymi, co w zeszłym roku butami. Mianowicie, wszystkie mnie obcierają. Nawet sandały, które nosiłam dwa ubiegłe sezony. Bez sensu. Oplastrowałam się w paru miejscach, ale akurat nie w tych, w których mnie obtarły. Nie wiem, boso chodzić nie będę, bo sobie obetrę stópki o chodnik, a skarpety frotte do sanadałków chyba nie są za bardzo trędi, co? A, w kinie byłam. Iron sky- nie wiem, może za głupia jestem, ale ani to bardzo intelektualne, ani całkiem zabawne. Ale mundury mieli spoko.
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Ojciec jest w szpitalu. Tygodniami leczone zapalenie gardła okazało się zakażeniem górnych dróg oddechowych, a w płucach rentgen wykazał sporo płynu. Kiedy miałam ich Oboje, pobyty w szpitalu to jednego, to drugiego były przykre, ale nie generowały we mnie takiego strachu. Nawet wtedy, kiedy 8 godzin siedziałam w kucki pod salą operacyjną, 16 letnia gówniara, na którą nagle spadła świadomość, że On walczy o życie. Wierzyłam, że wszystko będzie dobrze, w końcu ilość doświadczeń nie wskazywała, że życie ogólnie może się okazać katastrofą. Teraz, kiedy Mamy nie ma, a Ojciec leży w tym samym szpitalu, muszę tłumić w sobie autentyczne ataki paniki. Nieznośne wizje i świadomość, że do diabła, muszę się trzymać, przecież nikt nie załatwi niczego za mnie. A Ojcu mój strach niepotrzebny. Bo wtedy i on zacznie się bać. Tyle, że nie mam go już gdzie upychać, wyłazi mi uszami. Byłam w kinie na Nietykalnych. Ładny film o niewesołych rzeczach. Zabawny, dający złudzenie nadziei. Jutro Gwiazda zaczyna egzaminy gimnazjalne. Przez chwile nawet się tym zestresowała, ale moje pytanie, po co się denerwuje, kazało jej pomyśleć. To w końcu tylko egzamin, do państwowej szkoły się nie wybiera, a na liście dwóch społecznych, które ją interesują, jest od wielu tygodni. Ale, jeśli nie macie co robić, to potrzymajcie kciuki. Najlepiej również za mnie, żebym nie oszalała bardziej.
środa, 18 kwietnia 2012
Ostatnio się głównie bulwersuję. Bulwersuje mnie głównie głupota, buta, brak szacunku i chamstwo, a obie poniższe sprawy doskonale spełniają wszystkie powyższe. Sprawa pierwsza, czyli klauzula sumienia dla farmaceutów. W skrócie, komisja z panem posłem z PO na czele, produkuje sobie, a w zasadzie nam, ustawę, w myśl której pani w aptece będzie mogła nie sprzedać gumek, pigułek, spiralki powołując się na SUMIENIE. o Viagrze nie ma mowy. Słabo mi, wody. Wiem, że jest to próba odwzorowania tego, co ma miejsce w medycynie, gdzie lekarz może się powołać na klauzulę sumienia i nie wykonać np aborcji czy badań prenatalnych. Jestem w sumie ciekawa, czy pani w aptece, w myśl ustawy, nie sprzeda antybiotyku, bo jej sumienie nakazuje trzymać się ziół lub homeopatii, a zamiast witamin w tabletach, zaproponuje mi marchew, bo sumienie... O ile dobrze patrzę, to godzi to głównie w nas, kobiety. I nóż w kieszeni mi się otwiera. Pana posła z PO mam ochotę spotkać i zapytać o parę spraw. A najlepiej oplakatować jego ryjem miasta z dopiskiem- ten facet nienawidzi kobiet. Druga sprawa to poseł Gowin i jego tradycyjny model rodziny, który jest ewidentnie zagrożony przez konwencję przeciwdziałającą przemocy wobec kobiet. Bo brak przemocy wobec kobiet to promocja homoseksualizmu... Czy jakoś tak. Pogląd posła Gowina rozsmarował już Navaira w swoim tekście na heteroblogasku i prof. Środa w Wyborczej i ja w zasadzie nie mam wiele więcej do powiedzenia. Z cenzuralnych rzeczy. Bo niecenzuralnych mam wiele. Witki mi opadają i budzi się we mnie wielka narastająca złość. Dlaczego do diabła, te ćwoki uznały, że wolno im traktować nas- kobiety, jako istoty podrzędne, co? Jedyne, co mnie pociesza, to fakt, że żyjemy dłużej. Natura wie, co robi, eliminując, choć wolno, jednostki głupie. I cieszę się, że głosowałam na Wandę Nowicką, po raz kolejny się cieszę. Premiera szanuję, ale partia, która ma miejsce dla Gowina, Niesiołowskiego i tego pożal się boże, Żalka, to jest partia, która mojego głosu nie dostanie. A poza tym, piłąm wino z Gogenzolą. Był D-Koder. Wracam do zdrowia. I czuję się, jak na arabskim bazarze, targując się o 1 lub 2 dniowe CRy do systemu wartego grube tysiące. Euro.
czwartek, 12 kwietnia 2012
Moja świąteczna angina ma się świetnie. Antybiotyk, który ma ją zabić, poza tym, że szkodzi mi na żołądek, ma również tę zaletę, że usypia. Bardzo to miłe, ostatnio sypiam fatalnie. Odwiedza mnie Ojciec. Przynosi bułki, wieści i ploteczki ze świata. Pije herbatę i snuje opowieści. W tych opowieściach wskrzesza mi świat, w którym był dzieckiem. Wakacyjne opowieści sprzed 55 i więcej lat. Opowiada o zbieraniu raków, łowieniu ryb, zbieraniu jagód, wyjazdach na targ i do mleczarni. O czasach, kiedy sam był chłopcem, spokojnym, szczęśliwym, kiedy jego Matka była pełną sił kobietą, która wakacje spędzała jako pomoc na różnych koloniach daleko od świata i cywilizacji. Przywołuje mi zapachy smażonego suma złowionego w Wieprzu, pierogów z jagodami spod Baranowa, opowiada o suszonych grzybach, które Babcia rozdzielała na 3 kupki- dla jednej córki, dla drugiej córki, dla niej. Maluje mi przed oczami te sielanki i zieloności w trudnych powojennych czasach i sam łapie się na tym, że ludzie, o których mi opowiada, jako o starych w jego dziecięcych oczach na pewno już dawno nie żyją. Nie ma już mleczarza z Ryk, który poił śmietaną chudych chłopaczków wychowanych na gruzach Warszawy, nie ma już Sikorzyny pasącej owce i kozy w lesie, której się nosiło chrust w zamian za świeży ser, nie ma już tych kolegów, z którymi zjadło się litr miodu z jagodami, a z łakomstwa bolały brzuchy. Umarli, odeszli, przeminęli.
Ojciec milknie. Wraca z krainy szczęśliwego dzieciństwa zdziwiony, że oto ten chłopak, który jeszcze niedawno łowił raki i ryby w Wieprzu, jest teraz starszym, schorowanych panem, który pochował córkę, żonę, rodziców i obie siostry.
A mnie dławi smutek. Próbuję zatrzymać w głowie i w sercu namalowane przez niego obrazy, ludzi, historyjki. Dokładam je do Maminych opowieści, do własnych. Ale nie jest mi wesoło. Pieprzony czasie, jak ja nie cierpię przemijania.
|
Archiwum
Zakładki:
Listy i liściki
Tutaj zaglądam
|